Po co i dlaczego tak często latamy do Polski?

Nie, nie po kiełbasę, chociaż dobra kiełbasa zawsze cieszy Samuela, więc jest to jakaś korzyść.  A tak zupełnie poważnie, to latamy, bo… możemy! W zasadzie na tym mogłabym skończyć dzisiejszy wpis, ale nie zrobię tego.  Zostawię tu kilka wspomnień z naszego ostatniego wypadu, dosyć długiego jak na standardy w-środku-sezonowe, bo aż trzytygodniowego.

Nasz jesienny wyjazd do Polski przede wszystkim podyktowany był terminem ślubu naszych wspaniałych znajomych, którzy zaskoczyli nas wiosną i poprosili nas, abyśmy zostali świadkami tego pięknego wydarzenia. Odmówić nie mogliśmy, a i nie chcieliśmy, a zatem kolejny bilet do Polski musiał mieć termin wrześniowy.  Co prawda mieliśmy plan, aby przylecieć jesienią, ale specjalnie dla nich ten wyjazd przesunęliśmy – głównie po to, by móc spędzić z nimi więcej czasu i oczywiście przygotować im wieczory przedślubne.  Bez tego obyć się nie mogło.

A zatem przede wszystkim wieczór kawalerki, panieński, ślub i wesele. W zasadzie tyle wystarczy, żeby wybrać się do Polski, prawda?

Ale skoro już się wybraliśmy, to przecież nie możemy wspomnieć o wszystkich innych, tzw. normalnych rzeczach, które teraz wyjątkowo nas cieszą, takich jak spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Tego zawsze jest sporo, przynajmniej w moim przypadku, ponieważ Paweł zasadniczo jest w pracy. Pracuje od rana do wieczora, a jakby tego było mało wyjeżdża w delegacje!

Prawda jest bowiem taka, że Paweł lata do pracy, tzn. służbowo (a my tylko na doczepkę). Jego obowiązki obejmują m.in. odwiedzanie oddziałów firmy, a zatem wraca do swojego rodzinnego Białegostoku, gdzie spędza czas w oddziale, który budował, a następnie odwiedza firmowych kolegów i koleżanki w Warszawie. Tym razem porwał się nawet i poleciał do Rumunii. Obowiązków miał dużo, ale dzięki temu my z Samuelem mieliśmy więcej czasu na bycie w domu. Ach!

A w domu wiadomo, że jest najlepiej. I choć pogoda w Polsce była już lekko jesienna  – słonecznie, ale chłodno – to w moim odczuciu była najlepsza. Tak się składa, że jesień to moja ukochana pora roku i bardzo nie chciałam jej przegapić. Nawet, jeśli przychodzi czas, by grzać w domu, bo wieczory i noce bywają zimne, to ja cieszę się, że mogę posiedzieć przy kominku. Kiedy inni narzekają, że trzeba nosić swetry, ja otulam się tym ulubionym i wyruszam na spacer z psem. Och, właśnie, nasz pies! Riko to kolejny powód, by radośnie spędzać czas w Polsce. Tęsknimy za nim ogromnie. A kiedy siedzi się w domu na kanapie, grzeje się stopy wystawiając je w stronę kominka, a pies leży obok i trąca cię nosem, żeby podrapać go po głowie… to jest właśnie ten moment, kiedy czujesz się w domu. Tak naprawdę.

Ach, dość sentymentów. Teraz pyszności. Jedzenie! Do Polski lata się na jedzenie! Każdy to potwierdzi. Chleb, sery, pierogi, jesienne sałatki z buraczkami i malinami, zupy z pora i dyni, śledzie i ciasta. Pyszne, domowe ciasta (dzięki mamo!). Wszystko w Polsce jest takie pyszne. Naprawdę nie przesadzam. I żeby było jasne, uwielbiam jedzenie w Kalifornii, bo jest tu mnóstwo cudownych kucharzy i jadłam tu masę cudowności, a ryby i kraby to chyba moje najczęstsze zamówienia. Niemniej Polska ma swoje “najlepszości” i tego nie znajdzie się nigdzie indziej. Gdybym wciąż jadła mięso, najpewniej wybrałabym się specjalnie do Białowieży na pierogi z mięsem z żubra. Zadowoliłam się jednak tymi z kapustą i grzybami oraz szpinakiem i serem na miejscu oraz babką ziemniaczaną w Supraślu. I tak choćby podobnych pyszności u nas w Kalifornii nie znajdę. Chyba, że sama sobie przygotuję…

I tak już na koniec myślę sobie, że my to chyba po prostu lubimy latać. Choć jest to niebywale męczące, a jetlag (zespół objawów pojawiający się w trakcie podróży w kierunku wschód–zachód lub zachód–wschód, związany ze zmianą strefy czasowej) bywa okrutny i potraf dręczyć tydzień po przejściu do innej strefy czasowej, to i tak zawsze ekscytujemy się podróżą. Tak już mamy, że lubimy porównywać ofertę filmów, jakość jedzenia oraz ilość/częstotliwość podawania napojów na pokładzie różnych linii lotniczych, lubimy mieć mnóstwo czasu na głupoty typu granie w dziwnie gry na telewizorku pokładowym bądź własnym tablecie, czytanie książek, na które normalnie jakoś szkoda czasu i tym podobne rzeczy. Piętnaście godzin w jednym miejscu potrafi zmienić perspektywę. 😉

I ostatecznie samo podróżowanie to wciąż odkrywanie, nawet na takim najprostszym poziomie, kiedy teoretycznie wszystko jest zorganizowane. Bo przecież zawsze wszystko może pójść nie tak! Kiedy tak o tym pomyślisz, fakt, że wszystko działa jak  należy, wydaje się dosyć niesamowity. 

Do następnego Polsko!

Aga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s