Lipcowy Nowy Jork

Taki to jeszcze zaległy wpis wakacyjny. Jakoś mi się to lato rozmyło i zostałam ze zdjęciami z NY w szufladzie (czyli na dysku).  Pisząc ostatni wpis, uświadomiłam sobie, że niektórzy czekają na tamto wspomnienie i wrażenia z NY, więc wracam do nich teraz.

Do Nowego Jorku polecieliśmy prosto z Florydy (o tej części wakacji było m.in. TU=> https://vishki-ca.com/2018/07/21/wakacje-cz-1-floryda/ ), główne dlatego, że Paweł miał zaplanowaną tam konferencję. On pracował, tj. słuchał i poznawał innych mądrych ludzi, a my z Samuelem spędzaliśmy czas na oglądaniu okolicy i czekaniu na Pawła. Nie planowaliśmy wielkiego zwiedzania, w zasadzie chcieliśmy zajrzeć tylko w te rejony, gdzie kiedyś zawitali nasi ojcowie, bo obaj przez krótki czas byli w Nowym Jorku i obaj w pewnym sensie wspominają ten czas z łezką w oku. Zechcieliśmy więc wrócić w miejsca, w których byli oni, żeby podtrzymać ciągłość rodzinną, ale też zajrzeliśmy do polskiej dzielnicy oraz do Central Parku, a w nim do zoo, w którym poszukiwaliśmy zastępców Glorii, Martiego, Melmana, Alexa i pingwinów…

Ale od początku…

Zamieszkaliśmy w hotelu w chińskiej dzielnicy (hotel Mimosa, który znajduje się TU). Polecamy to miejsce, było tam wszystko, czego turyście do szczęścia potrzeba – dobra lokalizacja (bardzo blisko stacje metra), czysty (!) pokój z łazienką, przemiła obsługa, w okolicy sklepy, pralnia, restauracje – chińskie, ale jeśli ktoś lubi, to będzie zachwycony, bo naje się do syta za niewielką cenę.

Kiedy tylko udało nam się znaleźć siłę, wyruszyliśmy na pierwszy spacer. Szliśmy w poszukiwaniu mostów, widoków, sławnej lodziarni “Milk”, a także pomników World Trade Center. Po powrocie myślałam, że nogi mi odpadną. Samek to już nawet nie miał siły narzekać. Taki to był nasz pierwszy spacer. 😉

Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój Central Parku. Zawsze chciałam zobaczyć to miejsce – taki ogromny, zielony park w centrum miasta to coś naprawdę niezwykłego. Przy okazji zaszliśmy do zoo, ale tam niestety spotkał nas ogromny zawód. To zoo jest całkiem nieduże i nie przypomina tego, które widzieliśmy w bajce “Madagaskar”. Nie ma tam dużych zwierząt (może dlatego, że uciekły? 😉 ), ale jest na pewno bardzo przyjemnie. Szczególnie w upalny, lipcowy dzień. No i brama się zgadza…

Jeśli czytaliście kiedy Stuarta Malutkiego, to być może pamiętacie rozdział o tym, jak  Stuart pojechał nad staw, gdzie odbywały się wyścigi modelarskich żaglówek. To jest właśnie to miejsce i te żaglówki. Szczególnie urokliwy zakątek parku. Popatrzyliśmy na łódki, zjedliśmy lunch, pokarmiliśmy wróbelki i myszki, a na koniec poszliśmy na plac zabaw, gdzie największą atrakcją były fontanny! Dzieci biegają tam między strumieniami wody zupełnie nic nie robiąc sobie z tego, że “trzeba” być suchym. Samek był mokrusieńki…  i totalnie szczęśliwy. I taki to był dzień. Kiedy dołączył do nas tatko, poszukaliśmy czegoś do zjedzenia na serio.

Włoska restauracja sprawdziła się w sam raz!

A jak już jesteśmy przy jedzeniu… byliśmy także w polskiej dzielnicy! Nie mogliśmy odpuścić tego punktu, ponieważ u nas w okolicach San Francisco nie ma takiego cuda! Ulica wypełniona polskimi banerami – piekarnie, restauracje, prawnicy, a nawet napisy po polsku na koszach na śmieci. To jest coś tak zadziwiającego, że tym także muszę się z Wami podzielić. Tego u nas, w Kalifornii nie zastaniecie. I ten moment, kiedy kelnerka podchodzi do stolika i pyta po polsku, na co mamy ochotę… mina Samka warta wycieczki!

Już ostatniego dnia, w dniu wylotu, mieliśmy kilka godzin wolnego. Żeby nie oddalać się szczególnie, bo jednak z transportem w dużym mieście bywa różnie (o czym przekonaliśmy się stojąc w strasznym korku w drodze na lotnisko…), postanowiliśmy spędzić poranek w muzeum – American Museum of Natural History. Zawsze dobrze jest popatrzeć na wystawy największych muzeów świata, ich zasoby potrafią być powalające. Niestety zdjęcia są bardzo słabe, robione były telefonem, a oświetlenie nie sprzyjało prostym sprzętom. Ale… żeby nie było, że nie byliśmy!

Zmęczeni i zadowoleni wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy do naszego kalifornijskiego domu. Choć nasze mieszkanie Samuel wciąż woli nazywać hotelem niż domem, to wciąż, jednak przynajmniej trochę jesteśmy tu u siebie bardziej niż w innej części Stanów. 😉

Aga

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s