14 rzeczy których nie lubimy w USA/Kalifornii.

Było już o tym, co po kilku miesiącach pobytu zdążyliśmy polubić w amerykańskim życiu. Lista spraw, które nas urzekły pociągnęła za sobą pytania – a co jest źle? Czy jest coś, co nam się NIE podoba? Owszem. Na to zarezerwowałam osobny wpis.

Zaczynamy.

  1. USA jest daleko. Co tu więcej pisać? No, może tyle, że San Francisco jest jeszcze dalej niż Nowy York czy Chicago, gdzie urzęduje większość Polaków na emigracji. Zawsze do Polski musimy lecieć z przesiadką, a podróż jest długa, męcząca i kosztowna. Za tym idzie wiele rzeczy – jest daleko nie tylko do “domu”, ale jest daleko do rodziny, przyjaciół. Nie tak łatwo jest zaprosić nawet kogoś z rodziny do siebie. Dla przeciętnego Polaka wyjazd do USA to wydarzenie życia. Nie tak łatwo wziąć bratanka czy siostrzeńca na trochę na wakacje. 😉 To taki specyficzny rodzaj samotności. I tak jest lepiej niż kiedyś, bo są telefony, internet i można być na bieżąco, ale to nie jest to samo. O ile wszędzie można poznać dobrych, ciekawych ludzi i mieć z kim spędzać codzienność, to jednak utrzymywanie kontaktów z osobami, które już są bliskie, ale są daleko – to jest jest zdecydowanie trudniejsze. A dziewięć godzin różnicy między strefami czasowymi nie pomaga.
  2. Chleb. Nie potrafią tu zrobić normalnego, dobrego chleba. Ciemnego, razowego, ciężkiego chleba nie zaznałam tu jeszcze. Jeśli znajdę dobry, w stylu francuskim lub szwajcarskim (bo tak nazywają białe pieczywo), to zdarza się, że jest niezłe (np. bagietki), ale większość chlebów na specyficzny smak, trochę octowy (?). Regularne chleby amerykańskie to różne odmiany pieczywa tostowego. Najlepiej byłoby chyba piec samemu. Chyba, że mieszka się w takiej części USA, gdzie jest dużo Polaków i Rosjan, tam zapewne prawdziwy chleb można znaleźć i tego polskim nowojorczykom zazdroszczę. 😉
  3. Twaróg. A raczej jego brak. Ser biały to jest produkt dla Amerykanów tajemniczy, mam wrażenie. Mają tu czasem coś takiego (farmer’s cheese), ale zazwyczaj, podobnie jak masło, jest solony (?!). Twaróg można dostać w wybranych sklepach typu lepsze delikatesy, polskie i rosyjskie sklepy. Można też zrobić samemu – tak robi koleżanka Białorusinka i jedna Polka. A zapytajcie, jak Amerykanie robią serniki! Robią z cream cheese – to taki rodzaj sera… jakby twaróg, ale ciągliwy, jak ser topiony. Użyłam go raz, wyszło nieźle, choć wolę zdecydowanie klasyczny biały ser.
  4. Brak placów zabaw i blokowisk. 😉 Kto by pomyślał, że to napiszę? Ech, już się tłumaczę. Tu, gdzie mieszkamy nie ma takich zwykłych miejsc na osiedlach, gdzie spotykają się dzieciaki. Są place zabaw w parkach, ale tam przyjeżdżają różni ludzie. To nie jest tak, że wiesz, że jak wyjedziesz pod swój blok, czy na jakiś plac w sąsiedztwie, to zawsze spotkasz dzieci ze swojej okolicy. Z dziećmi, które znasz, musisz się umówić. Musisz NAJPIERW kogoś znać i polubić, żeby się z nim umówić.  Dzieciaki z sąsiedztwa nie spędzają razem czasu. Trochę za tym tęsknię. Nawet jeśli sąsiedzi nie byliby najlepszymi przyjaciółmi, wiadomo. Ale poznawanie ludzi, nauka przyjaźni wiąże się także z akceptacją – wybierając przyjaciela, akceptujemy jego wady, przywiązujemy się do siebie, bo ktoś nam z jakiegoś powodu pasuje, ale także dlatego, że jest blisko, że spędza z nami czas.
  5. Jakość. Brakuje mi tu jakości, czystości, czasem nawet przepychu. Mam na myśli takie zwyczajne miejsca jak poczta. Tutaj to taki zwykły budynek parterowy, dla Polaka prawie barak. W środku blat i stanowiska i generalnie wszystko takie… stare, nieuporządkowane, często brudne. Tęsknię za bankami, a nawet za pocztą główną w Białymstoku – za kamienicami, solidnymi ścianami, blatami, za kamiennymi schodami. Ba! Tęskno mi nawet za pocztą na Witosa – niby zwykła placówka, ale za to czysta! 😉 Innym przykładem niedoskonałości jest nasze mieszkanie. Nasze lokum znajduje się w całkiem niezłym budynku, w bardzo dobrej lokalizacji, mamy w cenie basen i siłownię i nawet się starają, żeby było elegancko. No i z wierzchu jest. Budynek jest odnowiony, w lobby wiszą obrazy, basen w tym roku został odświeżony, ściany odmalowane, wykładziny dywanowe wszędzie są nowe, u nas w mieszkaniu świeża kuchnia, panele, wykładziny, łazienki… wszystko świeże. Ale! Jak się człowiek przyjrzy, to widzi, że ta ich luxury (luksusowa) oferta to tak jednak nie do końca jest z najwyższej półki. Bo jednak meble nie są drewniane (płyta), na podłogach panele (raczej nienajdroższe), rur podczas remontu raczej nie wymieniali, okna są stare, jednoszybowe i nieszczelne, pralka to model typu “Frania”, sprzęt do grzania i klima w jednym też już ma swoje humory, a w sypialni to postanowili wcale nie montować nam klimy, bo mamy przecież stary, brudny kanał wentylacyjny z trochę blokującą się kratką przechodzący z salonu do sypialni! No proste. Ale moje ulubione elementy to wykończenie detali. Nasz naprawdę elegancki blat kuchenny od spodu wygląda tak:davA jednak nie narzekam, bo w w porównaniu z innymi nieruchomościami w podobnej cenie, u nas jest naprawdę pięknie. Jest CZYSTO, a za oknami mam drzewa. 🙂 drzewa
  6. Język. To wpadło mi do głowy ostatnio. Nie, żebym ja była mistrzem angielskiego i domyślam się, ze i ja czasem mówię coś bez sensu, ale chwilami wątpię w komunikację w tym kraju, tak po prostu. Niby wszyscy mówią po angielsku, ale niektórzy mówią z takim akcentem albo mają tak ubogi język, że ciężko się porozumieć. Ale! Oni też gdzieś muszą pracować i gdzieś żyć. No więc pracują. I czasem chcę kupić kawę, a dostaję herbatę, zamawiam bułeczkę z dżemem, a dostaję rogalika… Pytam o bilety w kasie do kina, nic nie rozumiem, ale wierzę, że dostaję to, o co poprosiłam i że samochód rzeczywiście może zostać na parkingu, o który zapytałam.  Nigdy się na to nie złoszczę, cieszę się, że ci ludzie się starają, pracują i żyją najlepiej, jak potrafią, ale chwilami jestem zwyczajnie zmęczona…
  7. To ogromny kraj. Jest o wielka jego zaleta, ale bywa też ogromnym utrudnieniem. Jeden stan jest większy niż niejeden europejski kraj. Jeśli chcesz jechać odwiedzić ciocię, spędzić lato na słonecznej plaży albo pojechać do Disneylandu, to najpewniej musisz lecieć samolotem. Nie dziwi mnie wcale, że Amerykanie nie mają parcia, by zwiedzać świat – oni mają tak ogromny kraj, że dobrze będzie, jeśli uda im się zobaczyć to, co mają u siebie. A mają (prawie) wszystko.
  8. Ceny nieruchomości.  Są takie miejsca, jak Kalifornia, które mają niebywale drogie regiony, takie jak Dolina Krzemowa. Cała zatoka, okolice San Francisco to są niebywale napompowane miejsca. Jest tu tak ogromna potrzeba i jednocześnie tak dużo ludzi, którzy mają pieniądze, że ceny domów i mieszkań szybują w górę od kilku lat i wcale nie zapowiada się, by to się zmieniło. Sytuację zmieni chyba tylko wojna, kryzys gospodarczy albo przeniesienie centrum technologicznego świata gdzieś indziej – i to chyba wyszłoby wszystkim na dobre. Obecnie kupienie przyzwoitego domu w dobrej lokalizacji  poniżej miliona dolarów graniczy z cudem. I nie mówię o pałacu, domu z wielkim ogrodem w okolicach centrum SF. Mówię choćby o takim naszym Walnut Creek, gdzie do SF trzeba dojeżdżać ok. 40 minut pociągiem. A wiadomo, że większość ludzi pracuje właśnie tam.  Ostatnio dla sprawdzenia poszłam zobaczyć dom, bo był dzień otwarty. Dom, to bliźniak położony na osiedlu domów jednorodzinnych, przy szkole podstawowej, kilka minut od stacji BART’a (czyli tej kolei podmiejskiej, która łączy okoliczne miasteczka z SF). Budynek “nowy” jak powiedział pośrednik, bo z 2000r. utrzymany nieźle, choć według mnie przynajmniej do odmalowania, podłogi (wykładziny) do wymiany, na pierwszy rzut okaz wymaga drobnych napraw. No ale, generalnie dom całkiem ładny i posiadający ogród, a nie tylko ogrodzenie zaraz po wyjściu na taras. Jak na tutejsze warunki – naprawdę fajny. Cena 1.200.000$. Domyślam się, że sprzedał się za tyle lub więcej. Jeśli chcecie powiedzieć, że tu wszyscy zarabiają więcej, to wstrzymajcie się. Ok, niektórzy zarabiają naprawdę dużo, ale większość ludzi to jednak zwykli ludzie, przecież nie wszyscy to właściciele firm z branży IT. Tu też są nauczyciele, lekarze, kelnerzy i kierowcy autobusów. Oni nie mają w kieszeni miliona na luźne wydatki. Taka jest prawda. A przez te pompę oni będą płacić te absurdalnie wysokie kredyty, bo oni też gdzieś chcą mieszkać.
  9. Koszty opieki zdrowotnej. Pisałam o tym w poście “Koszty leczenia: złamania, gipsy, prześwietlenia, ostry dyżur”.
  10. Brak sklepów osiedlowych, w których można kupić wszystko. Od mleka po papier toaletowy. Brakuje ci masła, cynamonu, kakao do ciasta? Nie ma sprawy, wyskakujesz na drugą stronę ulicy i masz. W Polsce zazwyczaj nie musisz wsiadać w samochód, jechać do supermarketu, przebijać się przez połowę regałów i stać w kolejce z pięcioma rodzinami, które właśnie robią zakupy na cały tydzień i mają dwa wózki wypełnione zaopatrzeniem na wszelką okazję. Tu mleko dostanę na stacji, ale już po cynamon muszę wysłać Pawła dalej… 😉
  11. Wychowanie dzieci. Można powiedzieć wiele dobrego o sposobie wychowywania dzieci w USA, choćby to, że uczy się dzieci pracy nad sobą, pracy w grupie, publicznych wystąpień, dodaje się odwagi w osiąganiu sukcesów oraz w ponoszeniu porażek (nauka podnoszenia się po porażce i szukania nowych możliwości jest niezwykle ważna!). Nie mówi się jednak o tym, co presja sukcesu potrafi z ludźmi zrobić. Nie podoba mi się traktowanie gorzej tych, którzy sukcesu nie odnieśli. Generalnie brak wsparcia dla tych, który nie brną ze wszystkich sił ku byciu najlepszym z najlepszych jest smutny. Druga rzecz, która absolutnie wyprowadza mnie z równowagi to brak szacunku do innych – przejawia się różnie. Choć niby uczy się szacunku, to mam wrażenie, że się go nie wymaga, nie oczekuje. Nie myślcie, że pomyliło mi się w głowie i chcę, żeby wszystkie dzieci mnie słuchały ot tak albo że nie wiem, że na szacunek się pracuje, jednak taka sytuacja jak ignorowanie dorosłego, zwracanie się do dorosłego niegrzecznym tonem, nie mówienie “dzień dobry” sąsiadce (którą poznało się osobiście) jest dla mnie nie do pojęcia. Kolejną rzeczą jest zrzucanie odpowiedzialności na szkolę. Szkoła ma sobie poradzić z dzieckiem, które nigdy nie było pieszo w parku, na spacerze, nie ćwiczyło chodzenia po chodniku przy ruchliwej ulicy, nie praktykowało obserwacji świateł i ruchu drogowego. Dzieci idą na wycieczkę i… powodzenia! Rodzice zakładają, że nauczyciel zna się na swojej pracy, więc sobie poradzi. Motyla noga! Wysyłasz swoje, dajmy na to 6-letnie, dziecko w grupie na wycieczkę i nie pokażesz mu nawet skrzyżowania? Ja wiem, że rodzice są zapracowani i wiem, że dowożą dzieci do szkoły, ale…ech. Nie podoba mi się to.
  12. Sól. Jej wszechobecność. Choć “Reese’s” (czekoladki ze słonym nadzieniem orzechowym) to jedne z moich ulubionych słodyczy, to słone masło wydaje mi się podejrzane… o słonej mące to już nawet pisać nie chcę, bo odkryłam ją po dwóch zepsutych ciastach.  Myślałam, że mąka to mąka, nie doczytałam, że kupuję self-rising mąkę, czyli taką, która już zawiera w sobie proszek do pieczenia, różne dodatki i witaminy oraz sól. SÓL w mące. Ratunku!
  13. Broń. Broń była zawsze obecna w moim życiu. Mój tata pracował w Żandarmerii Wojskowej. Rzadko, ale jednak, broń widziałam w domu, słyszałam wiele historii o tym, jak broń była wykradana, a jakiś zdesperowany chłopak uciekał z warty i pędził z karabinem przez lasy, żeby zemścić się na niewiernej dziewczynie albo inne tego typu historie. Zawsze uważałam, że to głupie i że najbardziej bronią w rękach tych nieszczęśliwych ludzi żądzą emocje. I choć sama próbowałam sił w strzelaniu i byłam nawet niezła, to nie przekonałam się nigdy do tego, że broń powinna być powszechna. Nie ufam, że ludzie są zawsze racjonalni, że nie będą kierować nimi emocje, że pistolet w szafie będzie czekał jedynie na kryzysową sytuację samoobrony. Widzę to tutaj. Co rusz są jakieś afery, strzelanina w liceum, strzelanina w barze, jakiś świr grożący, że wpadnie do centrum miasta na najbliższą imprezę masową. To się dzieje często (z mojej perspektywy). I argument, że gdybym ja miała broń, to bym się nie bała, jest nieprawdziwy. Ja chcę świata, gdzie nie muszę,wychodząc z domu, zabierać broni. Po prostu. Tutaj już nie da się tego odkręcić i to jest smutne.
  14. Small talks, czyli krótkie rozmówki. Jesteśmy uczeni ich w szkole, ale to jak to wygląda na żywo doprowadza mnie do… sama nie wiem, po prostu podzielę się z Wami kilkoma:

W lobby naszego budynku, klasyk:

  • Hi, how are You? /Cześć, jak się masz?
  • Fine fine. How are You? (idąc i nie patrząc na rozmówcę)./ W porządku, w porządku. Jak ty się masz?
  • Good. (Kiedy przechodzący jest już właściwe za drzwiami) /Dobrze.

W sklepie przy kasie:

  • Kasjerka: Hi, how are You? / Cześć, jak się masz?
  • Ja: …
  • K: Thank You, I’m fine! / Dziękuję, ja w porządku.

Ojcowie czekający pod drzwiami sali na dzieci:

  • Oh! Hi! Hoooow aaaare Youuuu?! (tonem sugerującym, że ludzie się znają i cieszą na swój widok, jak dobrzy znajomi) / Cześć, jaaaak sięęę maaasz?
  • Oh, thanks, good. How are You? / Oh, dziękuję, dobrze. Jak ty się masz?
  • Oh, I am excellent!  / O, ja – doskonale!
  • Great, great! / Wspaniale, wspaniale.

Dalej stoją obok siebie w ciszy.

Mamy czekające na dzieci.

  • Hi, how are You? / Cześć, jak się masz?
  • Good, thank You. How are You? / Dobrze, dziękuję. Jak ty się masz?
  • Good, good. / Dobrze, dobrze
  • It’s a nice weather, right? (To nic, że tu codziennie jest błękitne niebo i słońce) / ładna dziś pogoda, prawda?
  • Oh, yeah. / O tak.

Dalej nic.

Dla mnie ten brak ciągu dalszego jest tak strasznie niezręczny, że wolałaby nie zaczynać rozmowy wcale. Nie masz ochoty, nie wiesz o czym rozmawiać – nie zagaduj. To jest coś, co ja znam i zdecydowanie preferuję.

My z Pawłem, choć wiemy, na czym polega amerykański small talk, wciąż nie możemy do niego przywyknąć. Ja uporczywie odpowiadam paniom w lobby, jak się mam – odpowiadam im pełnym zdaniem COŚ, a rano mówię im zwyczajnie “good morning”. Jak już pytam kogoś, jak się ma, oczekuję prawdziwej odpowiedzi i autentycznie się interesuję. Pamiętam, co odpowiadają mi inni rodzice dzieci z Samka klasy i zapytuję ich o to później. Ciekawe jest to, że większość imigrantów także rozmawia. Amerykanin jest raczej w szoku. 😉

Może uznacie, że to, co robię jest niegrzeczne, bo oni zupełnie się tego nie spodziewają i nie są przyzwyczajeni do prawdziwych rozmów z obcymi ludźmi, ale co mi tam. To taki mój mały bunt przeciwko udawaniu relacji. Te small talk’i to coś, co mi bardzo nie leży. Nie w tej formie. 

I na razie to tyle. Myślę, że ta lista urośnie. Tymczasem jednak dam upust moim złościom i podzielę się z Wami tym wpisem. Głównie dlatego, że to właśnie dziś jest ten dzień, kiedy upiekłam ciasto z soloną mąką…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s